Kiedy przestaniemy być potrzebni. Kilka miesięcy pracy ze sztuczną inteligencją
Od kilku miesięcy pracuję ze sztuczną inteligencją prawie codziennie. Zrobiłem dzięki niej rzeczy, których nie zrobiłbym przez całe życie. I właśnie dlatego coraz gorzej sypiam.
Wiedza, której przez lata nie miałem gdzie użyć
Jestem informatykiem, tylko nigdy nie pracowałem w zawodzie. Wiedzę mam ponadprzeciętną i przez lata leżała bezużyteczna, bo nie zajmuję się pisaniem kodu. Prowadzę firmę, a mój dzień wypełniają rzeczy, które z programowaniem nie mają nic wspólnego.
Ta wiedza była martwa dokładnie tak długo, jak długo kod trzeba było pisać samemu. Nikt, kto prowadzi firmę, nie usiądzie na trzy miesiące do klawiatury. W momencie, w którym kod zaczęła pisać maszyna, ta sama wiedza okazała się szalenie cenna. Nie muszę już niczego pisać. Muszę wiedzieć, o co poprosić, rozpoznać moment, w którym odpowiedź jest bez sensu, i umieć powiedzieć dlaczego. To akurat umiem, i to jest cała różnica.
Przez lata wiedziałem, że pewne rozwiązania są dla nas poza zasięgiem, bo wymagałyby zespołu ludzi i pieniędzy, których nie zamierzaliśmy na to wydać. A potem przestały być poza zasięgiem, i nie zajęło to miesięcy.
Podnosi wszystkich. Tylko całą resztę o wiele szybciej i dalej
Jest w tym asymetria, która długo mi umykała.
To narzędzie podnosi także tych, którzy stoją na samej górze. Gdyby Andrzej Dragan albo Jacek Dukaj po nie sięgnęli, też by zyskali. Tyle że oni startują z poziomu, którego większość z nas nigdy nie dotknie, więc ich zysk jest przyrostem do czegoś, co już było wybitne.
Reszta zyskuje inaczej. Nie przyrost, tylko skok. Mnie to narzędzie podniosło dokładnie tam, gdzie byłem słaby, i zrobiło to znacznie szybciej i znacznie dalej, niż potrafiłem sobie wyobrazić. Informatyk zwykle myśli precyzyjnie, ale pisze topornie. Ja potrafię dziś ubrać myśl w słowa, których sam bym nie znalazł. Nie na poziomie Dukaja, żeby była jasność. Ale nieporównanie wyżej, niż sięgałem sam.
Wychodzi z tego rzecz, która mnie niepokoi. Dystans między szczytem a resztą kurczy się nie dlatego, że szczyt stoi w miejscu. Kurczy się dlatego, że reszta nadrabia w tempie, jakiego nigdy wcześniej nie było. Brzmi jak dobra wiadomość i przez moment nią jest. Kłopot polega na tym, że praca większości z nas nigdy nie polegała na byciu najlepszym. Polegała na byciu wystarczająco dobrym w czymś, czego obok nas nie potrafił nikt inny. I to właśnie przestaje być wyjątkowe.
Moja przewaga ma datę ważności
Łatwo w tym miejscu poczuć się sprytnym. Sam przez chwilę tak miałem.
Tyle że moja przewaga nie bierze się z tego, że jestem zdolniejszy od innych. Bierze się z tego, że rozumiem, co dzieje się pod spodem. Wiem, czym jest serwer i co znaczy, że coś się nie wdrożyło. Dzięki temu potrafię prowadzić narzędzie za rękę.
Następna wersja nie będzie tego wymagała. Potem kolejna. Rok, może dwa, i wszystko, co dziś stanowi moją przewagę, dostanie ktoś, kto nie odróżnia serwera od routera. To nie jest przypuszczenie. To kierunek, który widać gołym okiem, kiedy porówna się te narzędzia sprzed roku z dzisiejszymi.
Nie mam z tym problemu. Mam problem z tym, co z tego wynika dla wszystkich pozostałych.
Dlaczego to nie jest kolejna rewolucja przemysłowa
Pocieszamy się historią. Maszyna parowa zabrała pracę rzemieślnikom i dała ją robotnikom w fabrykach. Automatyzacja zabrała pracę przy taśmie i stworzyła zapotrzebowanie na techników. Za każdym razem coś ginęło i coś powstawało, więc zakładamy, że tak będzie zawsze.
Tym razem jest inaczej z jednego powodu. Poprzednie wynalazki wzmacniały nasze ręce albo wykonywały dokładnie to, co ktoś im kazał. Ten uczy się i radzi sobie z zadaniami, których nikt mu nie opisał. Nie zastępuje jednego zawodu. Zastępuje sposób, w jaki człowiek dochodzi do rozwiązania.
Radiolog uczy się czytać obrazy przez lata. Program uczy się tego znacznie szybciej i w części przypadków widzi więcej. Prawnik przestaje być jedyną osobą, która przeczyta umowę i wskaże, gdzie jest haczyk. To samo dzieje się z pisaniem i z projektowaniem.
Najbardziej niepokoi mnie to, że zmiana nie idzie po kolei, od prac prostych do skomplikowanych. Uderza w kierowcę i w specjalistę równocześnie. Cała nasza opowieść o tym, że wykształcenie jest zabezpieczeniem, właśnie przestaje działać. Im bardziej twoja praca polega na myśleniu, tym łatwiej ją powtórzyć.
Pytanie, którego nie umiem odsunąć
Teraz część, którą wolałbym przemilczeć, bo nie brzmi dobrze.
Ludzie źle znoszą zmianę, której nie rozumieją. Znoszą ją za to zaskakująco dobrze, kiedy pojawia się wspólne zagrożenie. Wojna porządkuje priorytety. Sprawia, że pytanie o sens własnej pracy przestaje kogokolwiek obchodzić, bo są pilniejsze.
Piszę to w kraju leżącym na granicy tego wszystkiego. Za wschodnią granicą trwa wojna. Na Bliskim Wschodzie tli się konflikt, który potrafi wywrócić światową gospodarkę w tydzień.
I przychodzi mi do głowy myśl, której nie potrafię udowodnić i której szczerze wolałbym nie mieć. Że konflikt bywa sposobem na zatrzymanie zmiany, na którą nikt nie jest gotowy. Że kupuje czas. Nie twierdzę, że ktokolwiek to planuje. Zastanawiam się tylko, dlaczego akurat teraz świat wygląda tak, jak wygląda.
Nie wiem, jak świat sobie z tym poradzi
Nie mam zakończenia, w którym wszystko dobrze się układa.
Widzę narzędzie, które dało mi możliwości, o jakich nie marzyłem, i jestem za nie wdzięczny. Widzę też, że za rok albo dwa to samo narzędzie sprawi, że przestanie być potrzebna praca setek tysięcy ludzi, którzy nie zrobili nic złego i nie mają dokąd pójść. Obie te rzeczy są prawdziwe naraz i nie umiem ich pogodzić.
Przez większość historii człowiek był potrzebny. Nie zawsze doceniany, ale potrzebny. Pierwszy raz w życiu zastanawiam się, czy to nadal jest oczywiste.
Kim jesteś, kiedy odejmiemy to, do czego byłeś potrzebny
Tożsamość zbudowaliśmy na przydatności. Jesteśmy tym, co robimy. Zapytaj kogokolwiek, kim jest, a w drugim zdaniu usłyszysz zawód. Przez tysiące lat to działało, bo istniał twardy związek między tym, że ktoś jest potrzebny, a tym, że wolno mu siedzieć przy stole.
Ten związek właśnie się rozłącza.
Wtedy przychodzi pytanie, którego nie zadaje się na głos przy kolacji. Nie „czy stracę pracę”, bo to pytanie jest jeszcze wygodne, dotyczy pieniędzy i da się na nie odpowiedzieć oszczędnościami. Tamto brzmi inaczej: czy ktokolwiek naprawdę mnie potrzebuje. Pracodawca, państwo, a na końcu tej listy zawsze stoją ci, których mamy najbliżej.
Podejrzewam, że trzymamy się przekonania o własnej niezbędności nie dlatego, że mamy na nie dowody, tylko dlatego, że nie umiemy wyobrazić sobie życia bez niego. Przez całą historię nie musieliśmy. Zawsze było coś, czego bez człowieka nie dało się zrobić.
Pierwszy raz gatunek zbudował coś, co potrafi działać bez niego. To nie jest zdanie z filmu, tylko opis tego, co dzieje się w tej dekadzie.
Stąd prowadzą dwie drogi, a z daleka wyglądają identycznie. Pierwsza: świat, w którym nikt nie musi robić rzeczy, których nienawidzi, i zostaje nam wreszcie czas na siebie nawzajem. Druga: miliardy ludzi budzą się rano bez powodu, żeby wstać, i szukają go tam, gdzie zawsze go szukano, we wspólnym wrogu. Depresja i pustka są już dziś epidemią w krajach, którym niczego nie brakuje. Trudno mi sobie wyobrazić, co się stanie, gdy dołoży się do tego cały gatunek, który odkrył, że nie jest niezbędny.
Nie wiem, którą drogę dostaniemy. Wiem, że wybór trwa teraz i nikt nas o zdanie nie pyta.
Chciałbym zakończyć czymś budującym, ale nie mam czym. Mam jedno pytanie i zostawiam je Tobie, bo mnie od kilku miesięcy nie daje spać: kim jesteś, kiedy odejmiemy od Ciebie wszystko to, do czego byłeś potrzebny?
Jeśli odpowiedź przyszła Ci od razu, jesteś w lepszej sytuacji niż ja.
Marek Bacławski, prezes zarządu IDF Metale
Najczęstsze pytania
Powiązane artykuły
w Google




