Stopy rosną, a złoto i tak drożeje. Dlaczego pytam „z jakiego powodu”, a nie „o ile”
Wczoraj Rada Polityki Pieniężnej (RPP, organ NBP ustalający stopy procentowe w Polsce) zostawiła stopy bez zmian, a prezes NBP pochwalił się 648 tonami złota w skarbcu. W Stanach rentowność 10-letnich obligacji, czyli oprocentowanie, jakie rząd USA musi płacić, pożyczając na dziesięć lat, urosła w tym roku z 4 do 4,8 procent i część komentatorów już wieszczy koniec hossy na kruszcach. Uważam, że mylą skutek z przyczyną. Stopy procentowe same w sobie nie szkodzą złotu. Szkodzi mu tylko jeden rodzaj wzrostu stóp, a nie z tym mamy dziś do czynienia.

Co powiedział NBP
Zacznę od faktów z konferencji, bo są wygodnym punktem odniesienia. Jeden do zapamiętania: Polska z 648 tonami należy do dziesięciu państw o największych rezerwach złota na świecie, a cel zarządu NBP to 700 ton. Narodowy Bank Polski ma na koniec sierpnia 648 ton złota o wartości 344,8 mld zł i kupuje dalej, do poziomu 700 ton. Niezrealizowany zysk z wyceny tych rezerw to 156,6 mld zł. Prezes powiedział wprost, że w trudnych czasach złoto jest jedynym trwałym zasobem stabilizującym oszczędności i że robią to wszystkie banki centralne. Ktoś, kto zarządza rezerwami państwa, nie mówi takich rzeczy z sentymentu. Druga część konferencji była mniej wygodna. Inflacja w sierpniu wyniosła 3,4 procent, czyli o włos od górnej granicy celu. Połowa tego wskaźnika to energia: skutek konfliktu wokół Iranu, gaz w Europie kosztuje ponad dwa razy więcej niż przed nim, a od września wrócił wyższy VAT na paliwa. Inflacja bazowa, czyli liczona bez zmiennych cen żywności i energii, rośnie od początku roku. Prezes sam przyznał, że widzi ryzyko wyjścia ponad cel w kolejnych miesiącach. Żywność na razie ratuje statystykę, ale drogi gaz to drogie nawozy, a drogie nawozy prędzej czy później trafią do koszyka. W Stanach jest podobnie, tylko gorzej: inflacja koło 3,5 procent przy celu 2 procent i otwarta dyskusja o podwyżce.
Stopy rosną. Ważne jest, dlaczego rosną
Podręcznik mówi, że wyższe stopy to gorzej dla złota, bo kruszec nie płaci odsetek, a lokata i obligacja tak. Ten argument wraca za każdym razem, gdy rentowności idą w górę. Słyszę go też w naszych oddziałach: po każdym nagłówku o rosnących rentownościach klienci pytają, czy to nie jest moment, żeby sprzedać. Historycznie ktoś na tej podstawie sprzedawał złoto za wcześnie. Patrzę na to inaczej. Nie interesuje mnie, czy stopy rosną, tylko dlaczego rosną. Jeśli gospodarka kwitnie, inflacja jest niska, firmy pożyczają na nowe fabryki, konsumenci pożyczają, bo mają pracę i chcą kupować, a stopy idą w górę, bo popyt na kredyt jest zdrowy, to owszem, złoto ma wtedy pod górkę. Kapitał ma gdzie zarobić i nie potrzebuje schronienia. Ale dzisiejszy wzrost rentowności nie wygląda tak. Rośnie, bo rządy mają rekordowe deficyty, amerykański dług przekroczył 40 bilionów dolarów, a do sprzedania jest kolejne 2 biliony w samym tym roku. Rośnie, bo inwestorzy pytają, kto to wszystko kupi i na jakich warunkach. Rośnie, bo zaufanie do decydentów jest niskie, a inflacja nie chce zejść. Amerykański resort skarbu zwiększa skup własnych obligacji, żeby dolać płynności, a bank centralny w tym samym czasie mówi, że priorytetem jest walka z inflacją. Kiedy dwie najważniejsze instytucje finansowe kraju ciągną w przeciwne strony, to nie jest obraz zdrowego wzrostu stóp. Stopy rosnące ze złych powodów historycznie nie szkodziły złotu. Dane to potwierdzają: zależność między zmianami realnych stóp (stopa po odjęciu inflacji) a ceną złota jest słaba, rzędu kilkunastu procent, i to ujemna. W praktyce oznacza to związek tak słaby, że nie da się na nim oprzeć decyzji. Było wiele okresów, w których rentowności i złoto rosły jednocześnie, bo obie wielkości reagowały na tę samą przyczynę: nieufność.
Dwie siły, jedna wygrywa
Nie udaję, że na rynku działa tylko jedna siła. Złoto to jednocześnie aktywo finansowe i towar fizyczny, a te dwie natury ciągną w różne strony. Strona towarowa hamuje. Przy cenie 4 400 dolarów za uncję i koszcie wydobycia w okolicach 1 700–1 800 dolarów kopalnie zarabiają krocie, więc podaż będzie rosła przez lata, jak po 1980 roku. Do skupu wraca stara biżuteria, elektronika ogranicza zużycie na jednostkę, jubilerzy kupują mniej. Część inwestorów, którzy mają średnią cenę zakupu poniżej tysiąca dolarów, realizuje zyski. To wszystko realne i to wszystko widać w naszych własnych obrotach skupu. Strona finansowa ciągnie w górę. Inwestorzy i banki centralne kupują, bo nie ufają długowi, walutom i politykom. Od 2001 roku złoto poszło z 260 dolarów do szczytu 5 500 dolarów w tym roku. Srebro i platyna przeszły podobną drogę. Ten popyt na razie przykrywa wszystko, co dzieje się po stronie fizycznej. Czynniki, które go napędzają, czyli dług, deficyty i nieufność do decydentów, nie słabną, a część z nich raczej się nasila. Dopóki tak jest, otoczenie dla metali pozostaje sprzyjające. Jest jeszcze jedno źródło ryzyka, o którym mówi się za mało: skala pieniędzy wpompowanych w sztuczną inteligencję i centra danych. Bank Rozrachunków Międzynarodowych ostrzegł w tym tygodniu, że powiązania między tymi transakcjami kapitałowymi i dłużnymi nie są w pełni przejrzyste dla inwestorów i regulatorów. Ten sam prezes NBP, który mówił o złocie, połowę konferencji poświęcił energii dla AI. Jeśli ten boom się potknie, złoto nie będzie w tym momencie tanie.
Co z tym robię
Nie wróżę ceny za rok ani za dwa; nie umiem tego zrobić i nie znam nikogo, kto umie. Oceniam otoczenie, a ono wygląda tak: rządy po obu stronach Atlantyku mają rekordowy dług, inflacja nie chce zejść do celu, a instytucje odpowiedzialne za pieniądz ciągną w przeciwne strony. To są warunki, w których złoto od dwóch dekad jest kupowane jako zabezpieczenie, i nic nie wskazuje, żeby te warunki miały szybko zniknąć. Po drodze będą duże wahania. Korekta z 5 500 do 4 400 dolarów pokazała, jak taka zmienność wygląda, i nie była ostatnia. Kto traktuje sztabkę jak zakład o cenę za miesiąc, będzie się co kilka tygodni denerwował. Kto traktuje ją jak zabezpieczenie przed tym, co robią z długiem i pieniądzem rządy, ma ten sam argument, który ma zarząd NBP kupujący do 700 ton. Przy kolejnym nagłówku o rosnących rentownościach proponuję zadać jedno pytanie: dlaczego rosną? Jeśli odpowiedź brzmi „bo gospodarka jest za mocna”, to jest sygnał do ostrożności. Jeśli brzmi „bo nikt nie chce tego długu po starej cenie”, to jest powód, dla którego złoto od dwudziestu pięciu lat wraca do portfeli inwestorów i skarbców banków centralnych. Marek Bacławski, IDF Metale *To moja prywatna ocena rynku, nie rekomendacja inwestycyjna. Decyzje podejmujesz sam i za własne pieniądze.*
O autorze
Marek Bacławski — Prezes Zarządu IDFMETALE P.S.A., dealer kruszców zarejestrowany w NBP. Od kilkunastu lat prowadzi obrót złotem i srebrem inwestycyjnym w oddziałach w Katowicach, Warszawie i Krakowie.
O IDF Metale — kim jesteśmy →Najczęstsze pytania
Powiązane artykuły
Kup w IDF Metale
Ceny wg notowań spot, gwarancja odkupu, odbiór w Katowicach i Warszawie.




